To co zaraz przeczytacie zmrozi Wam krew w żyłach lub gorzej!
Więc uważajcie:
Połowa wakacji już za nami. Pewnie byłabym szczęśliwa, że dobrze wykorzystałam ten czas, ale jedna sytuacja nie daje mi spokoju. Wszystko zaczęło się dzień po gdańskiej ulewie. Pogoda była już całkiem ładna, więc z samego rana umówiłam się ze znajomymi, żeby zobaczyć czy nasze miasto faktycznie jest Atlantydą, a przy okazji szukaliśmy jakiś wodnych pokemonów. :) A więc, ruszyliśmy w stronę centrum ( rzecz jasna na piechotę).
Szkód w mieście jako takich już nie było, ale pomiędzy moimi znajomymi rozpoczęła się dość burzliwa dyskusja na temat lodziarni Miś. To dosyć znane miejsce, albowiem robią tam najlepsze lody, produkowane na bazie świeżych i naturalnych produktów. Moje znajome wykłócały się, że nie ma sensu iść do Misia, bo ostatnio zmieniono przepis i to już nie są te same smaki. Musiałam to sprawdzić!
Wzięłam porcję lodów karmelowych i malinowych. O matko, zakochałam się. Takie pyszne, że wzięła mnie ochota na dokładkę. No cóż... i to był mój błąd. Tym razem wzięłam karmel i cytrynę. No, pani mi trochę krzywo nałożyła, ale to nic. Idę dalej! 3 metry później moje lody wylądowały na ziemi. W mojej ręce został tylko wafelek, a na mojej buzi malowało się niezadowolenie i pojawiły się łzy w oczach. Moi towarzysze nie wyrabiali z beki, ale szczerze? Nikomu nie życzę podobnej sytuacji! Pyszne lody zmarnowane, poczułam się nagle taka mała, zupełnie jakbym miała 6 lat.
No i jak mogę to podsumować tamte wydarzenie? Bardzo prosto: od tamtej pory jem lody tylko w kubeczku. :/
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz